Klawiatura, która stała się moim kasynem

  • Ce sujet est vide.
Vous lisez 0 fil de discussion
  • Auteur
    Messages
    • #97667 Répondre
      Xavier
      Invité

      Najgorsze w tym wszystkim nie był nawet sam wypadek. Najgorsze było to, co przyszło potem — tygodnie, miesiące, rok. Leżysz i patrzysz w sufit. Kumpel przynosił gazety, ale czytanie męczyło oczy. Telewizor? Po trzech godzinach ten sam bełkot. Świat skurczył się do rozmiarów pokoju, a ja — były monter rusztowań — nagle stałem się człowiekiem, który liczy kafelki na suficie. Siedemset czterdzieści trzy. Potem straciłem rachubę.

      Nie szukałem vavada kazino specjalnie. Ktoś wrzucił link w grupie na VK, w temacie o starych polskich filmach. Pamiętam, że akurat leciał „Seksmisja” i facet z drugiego pokoju krzyczał, żebym ściszył. Miałem wtedy gorszy dzień — noga tak strasznie mnie bolała, że nawet zmiana pozycji nic nie dawała. Kliknąłem. Pomyślałem: dobra, zobaczę, o co tyle hałasu.

      Nie znałem się na hazardzie. W życiu nie postawiłem nawet dychy u bukmachera. A tu nagle te wszystkie kolory, animacje, dźwięk spadających monet. Przez chwilę czułem się jak dziecko, które dostało nową grę na komputer od ojca. Tylko że to nie była gra. A przynajmniej nie do końca.

      Zacząłem od jednego automatu — jakiś owocowy motyw, wiśnie, siódemki. Postawiłem symboliczne pięć złotych. Przegrałem. Pięć złotych. Głupia kawa. Ale coś mnie tknęło. Może ta cholerna nuda, może to, że pierwszy raz od miesięcy nie myślałem o bólu. Kolejne pięć złotych.

      Wygrałem sto.

      I wiecie co? Przez chwilę nogi nie bolały wcale. Naprawdę. Dostałem zastrzyk czegoś, czego lekarze nie potrafili mi dać. Nie chodziło o pieniądze, choć pewnie brzmi to jak frazes. Chodziło o to, że mogłem. Że ta jedna ręka, która jeszcze pracuje, przesuwa myszką i coś się dzieje. Rezultat. Bum.

      Z czasem odkryłem, że vavada kazino to nie tylko automaty. Poker mnie przerażał — za dużo myślenia, blefowania. A ja nie mam twarzy do blefu, leżąc w łóżku, zawsze widać, że ściemniam. Ruletka? Za szybka. Ale znalazłem blackjacka. I nagle okazało się, że ten mózg, który kiedyś liczył, ile pustaków wejdzie na metr ściany, teraz liczy karty. Proste. System. Zero kombinacji.

      Nie oszukujmy się — nie wygrałem milionów. Ale zacząłem traktować to jak pracę. Codziennie od 19 do 21. Wtedy cisza na oddziale, pielęgniarki na herbacie, kumpel wraca z roboty. Spokój. Stawiałem małe kwoty, czekałem. Nauczyłem się, kiedy odpuścić. To trudniejsze niż myślisz — odejść, kiedy jest remis. Ale ja mam czas. Mam go tyle, że mógłbym nim obdzielić całe osiedle.

      Zabawna rzecz — przestałem myśleć o sobie jak o ofierze. Nie mówię, że nagle wyskoczyłem z wózka i pobiegłem maraton. Ale kiedy w grudniu przyszło pismo z ZUS-u, że przedłużają rentę, nie ryczałem w poduszkę. Po prostu odblokowałem ekran i zagrałem kolejną rundę.

      Bywały gorsze wieczory. Tydzień, dwa pod rząd same straty. Myślałem: no i masz, kolejne złudzenie. Ale potem przychodziła noc, taka jak dzisiaj, i system działał. Nie wielkie wygrane — takie po dwieście, trzysta złotych. Wtedy idziesz spać i wiesz, że jutro nie musisz prosić siostry, żeby kupiła ci pastę do zębów. Możesz zamówić sam. Przez internet.

      Najbardziej lubię te momenty, kiedy w nocy nie śpię, patrzę w sufit i myślę: kurczę, naprawdę to działa. Że jest coś, w czym jeszcze jestem dobry. Nie liczy się, że leżę. Liczy się, że liczę. Że przewiduję. Że rozdanie, które wydaje się przypadkowe, nagle układa się w logiczną całość. I wygrywasz.

      Nie mówię, że każdy powinien tak robić. Są tacy, co stracą wszystko. Widziałem komentarze na forach. Ale ja? Ja potrzebowałem czegoś, co nie wymaga nóg, wymaga tylko głowy. I odnalazłem to w vavada kazino. Może to brzmi głupio. Może jak usprawiedliwianie nałogu. Ale spójrzcie na to tak — facet na wózku, który nie wychodzi z domu od roku, nagle ma cel. Rytuał. Wieczorne spotkanie z samym sobą.

      Najśmieszniejsze? Przez to wszystko mniej boli. Mniej czasu na rozmyślanie. Mniej litości nad sobą.

      Jestem teraz w takim momencie, że nie gram dla wygranej. Gram, żeby sprawdzić, czy nadal to potrafię. A potrafię. Małe kwoty, systematycznie, bez głupoty. Żona mówi, żebym uważał, ale widzi, że się uśmiecham. To chyba dobry znak. Nie muszę już być monterem. Mogę być facetem, który siedzi w domu i ma swój mały, wirtualny warsztat.

      Gdybym nie wylądował w tym łóżku, nigdy bym nie spróbował. Czasem zło okazuje się dziwnym prezentem. Nie wiem, jak długo to potrwa — może strona zmieni regulamin, może mój system przestanie działać. Ale na razie? Na razie mam spokój. I wiecie co? To mi wystarcza.

Vous lisez 0 fil de discussion
Répondre à : Klawiatura, która stała się moim kasynem
Vos informations :